Biegłam, gałęzie biły mnie po twarzy, a z policzek piekł w miejscu skaleczenia.Nie zatrzymywałam się. Na ustach czułam ciepłą krew, a serce waliło mi jak oszalałe. Nade mną nocne ponure chmury sunęły po niebie, przysłaniając całkowicie blady księżyc. Co jeszcze tyn bardziej uniemożliwiło ujrzenie i tak mało widocznej ścieżki. Między drzewami mignęła mi ciemna postać.Byłam tak blisko, że że mogłam krzyknąć ale szybko zniknął mi z oczu. Przez chwile chciałam go zawołać. Ale coś kazało mi zachować ciszę. Kiedy dotarłam do niewielkiej polany u stub wzgórza, miejsca, które bardzo dobrze znałam bo co raku w wakacje moi kuzyni grali tam w mini Quidditcha. Zatrzymałam się i stałam tak, ciężko dysząc. Kimkolwiek była ta osoba która stała za drzewami zniknęła. Nagle cała energia, ta siła, która sprawiała, że biegłam przez las, zniknęła. Stałam zmarznięta i pokonana. Odchyliłam głowę do tyłu i spojrzałam w niebo. Ciemnogranatowe. Teraz Można było zobaczyć miliony małych świecących punkcików. Jakiś odgłos za mną - trzask gałązki - sprawił, że drgnęłam. Ale kiedy się odwracałam, by sprawdzić co to, coś ciężkiego złapało mnie za ramie i zamarłam. Nie ruszałam głową, ale kontem oka dostrzegłam długie blade obślizgłe palce na moim obojczyku.
*********************************************************************************
Taki tam prolog przyśnił mi się dlatego postanowiłem go tu umieścić a co do rozdziału to dodam go już nie długo.